— Tyś nas wtedy okłamał...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Proszę pani, jeśli pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy Pięćdziesiątej Piątej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Tak więc nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie ukształtowały się raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegł do jej wytężonego słuchu — cichy jak brzęczenie komara daleki dzwonek, za chwilę ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- le jest potrzebny), niedostępnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- łącznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- wyreperował dach i ściany, wybił otwory i wstawił okna, żeby był przewiew — zmienił całe pomieszczenie tak, że wyglądało prawie jak mieszkanie...
- — Od dawna panowało przekonanie, że rzeka Nil wypływa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- mogła umknąć uwagi czatowników pilnujących granicy — i niepostrzeżenie prze- dostać się w głąb terenów Armektu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Poleciałeś drugi raz, wiedząc, że on już nie żyje. Prawda?
Milczałem.
— Domyślałem się już wtedy. Nie mówiłem o tym z Gimmą, ale przypuszczam, że on też.
Po coś tam poleciał, Bregg? To już nie był Arktur ani Kereneia i nie było kogo ratować. Po coś tam lazł — człowieku?
Milczałem. Thurber nieznacznie się uśmiechał.
— Wiesz, co było naszym pechem, Bregg? To, że się nam powiodło i że siedzimy tu.
Człowiek zawsze wraca z pustymi rękami…
Zamilkł. Jego uśmiech zmienił się w grymas, prawie bezmyślny. Oddychał chwilę głośniej, zaciskając obie garście na brzegu biurka. Patrzałem na niego, jakbym go zobaczył
pierwszy raz — bo pomyślałem, że jest już stary — i odkrycie to było wstrząsem. Nigdy nie przyszło mi to do głowy w związku z nim; zupełnie, jakby był bezwieczny…
— Thurber — powiedziałem cicho — słuchaj… ale to przecież… to tylko mowa pogrzebowa nad grobem tych — nienasyconych. Takich już nie ma. I nie będzie. Więc jednak
— Starck wychodzi z tego górą…
Pokazał końce płaskich, żółtych zębów, ale to nie był uśmiech.
— Bregg, daj mi słowo, że nikomu nie powtórzysz tego, co ci powiem.
Wahałem się.
— Nikomu — powtórzył z naciskiem.
— Dobrze.
Wstał, podszedł do kąta, ujął rulon zwiniętych papierów i wrócił z nim do biurka.
Papier szeleścił rozwijając mu się w rękach. Zobaczyłem czerwoną, jakby krwią nakreśloną, rozpłataną rybę.
— Thurber!
— Tak — odparł spokojnie, zwijając oburącz rulon.
— Nowa wyprawa?!
— Tak — powtórzył. Podszedł do kąta i postawił rulon, opierając go o ścianę, jak broń.
— Kiedy? Dokąd?
— Nieprędko. Do Centrum.
— Chmura Strzelca… — wyszeptałem.
— Tak. Przygotowania potrwają. Ale, dzięki anabiozie…
Mówił dalej, ale dochodziły mnie tylko pojedyncze słowa: „lot w pętli”, „akceleracja bezgrawitacyjna” — a podniecenie, jakie ogarnęło mnie, kiedy zobaczyłem wyrysowaną przez konstruktorów sylwetę wielkiego pocisku, zmieniło się w niespodziewaną ociężałość, z której jak przez zapadający mrok, przyglądałem się leżącym na kolanach własnym rękom.
Thurber przestał mówić, przyjrzał mi się spod oka, podszedł do biurka i zaczął składać teczki z papierami, jakby chciał dać mi czas dla oswojenia się z niezwykłą wieścią. Powinienem był
go zarzucić pytaniami — kto z nas, starych, będzie leciał, jak wiele lat pochłonie wyprawa, jakie są jej cele, nie spytałem o nic. Nawet o to, czemu rzecz trzymana jest w tajemnicy.
Popatrzałem na jego zgrubiałe, wielkie ręce, na których podeszły wiek wypisał się wyraźniej niż na twarzy, i w moje otępienie wmieszała się odrobina satysfakcji, tyleż nieoczekiwanej, co niskiej — że on też na pewno nie poleci. Nie dożyję ich powrotu, choćbym miał pobić rekord Matuzalema — pomyślałem. Wszystko jedno. To nie miało już żadnego znaczenia.
Wstałem. Thurber szeleścił papierami.
— Bregg — powiedział, nie podnosząc oczu — mam jeszcze trochę roboty, jeżeli chcesz, możemy zjeść razem kolację. Przenocować będziesz mógł w dormitorium, jest teraz puste.
Mruknąłem „dobrze” i zbliżyłem się do drzwi. Pracował, jakby mnie już nie było.
Postałem chwilę u progu i wyszedłem. Jakiś czas nie wiedziałem dobrze, gdzie jestem, aż doszło mnie dźwięczne, miarowe stukanie^ odgłos własnych kroków. Przystanąłem.
Znajdowałem się pośrodku długiego korytarza, między dwoma szeregami jednakowych drzwi. Echo kroków wciąż było słychać. Złudzenie? Ktoś szedł za mną? Odwróciłem się i zobaczyłem znikającą w odległych drzwiach wysoką sylwetkę. Trwało to tak krótko, że nie zobaczyłem właściwie tego człowieka, a tylko sam ruch, fragment niknących pleców i zamykające się odrzwia. Nie miałem co tu robić. Dalej iść nie było sensu — korytarz kończył
się ślepo. Zawróciłem, minąłem wielkie okno, nad czarnym masywem parku srebrzyła się w
nim łuna miasta, znowu się zatrzymałem u drzwi z kartką „Tutaj, Bregg”, za którymi pracował Thurber. Nie chciałem go już widzieć. Nie miałem mu nic do powiedzenia ani on —
mnie. Po co w ogóle przyjechałem? Nagle, ze zdziwieniem, przypomniałem sobie, po co.
Należało wejść do środka i spytać o Olafa — ale nie teraz. Nie w tej chwili. Nie brakło mi sił, czułem się zupełnie dobrze, a jednak działo się ze mną coś, czego nie rozumiałem. Ruszyłem ku schodom. Naprzeciw nich były ostatnie z szeregu drzwi, te w których zniknął przed chwilą nieznany człowiek. Uprzytomniłem sobie, że zajrzałem do tego pokoju na samym początku, kiedy wszedłem do budynku i szukałem Thurbera; poznałem skośną kreskę obdrapanego lakieru. W tym pokoju nie było nic. Czego szukał w nim człowiek, który tam wszedł?
Ogarnięty pewnością, że nie szukał niczego — że tylko chciał się skryć przede mną —