— przyjęcia najwyższej pozycji w hierarchii wywiadu...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Proszę pani, jeśli pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy Pięćdziesiątej Piątej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Tak więc nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie ukształtowały się raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegł do jej wytężonego słuchu — cichy jak brzęczenie komara daleki dzwonek, za chwilę ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- le jest potrzebny), niedostępnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- łącznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- wyreperował dach i ściany, wybił otwory i wstawił okna, żeby był przewiew — zmienił całe pomieszczenie tak, że wyglądało prawie jak mieszkanie...
- — Od dawna panowało przekonanie, że rzeka Nil wypływa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- mogła umknąć uwagi czatowników pilnujących granicy — i niepostrzeżenie prze- dostać się w głąb terenów Armektu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Zamiast tego objęli stanowiska
tuż za eksponowaną czołówką, gdzie byli zabezpieczeni przed skutkami kaprysów poli-
tyków. Wszyscy założyli kartoteki pełne kompromitujących materiałów. Miały one sta-
nowić skuteczny, odstraszający środek na tych, którzy byli wystarczająco głupi, by sta-
rać się odsunąć ich od władzy. Wszyscy ci ludzie zajmowali swoje stanowiska od cza-
sów wojny i przez cały ten czas mieli poważny wpływ na prace rządów. Sabotowali na-
wet niektóre operacje. Na przykład wasza afera z U-2 i lądowanie w Zatoce Świń. Żeby
zneutralizować mniej wtajemniczonych członków własnych agencji, sugerowali, że we-
wnątrz działa obcy agent. W rezultacie każda organizacja wywiadowcza do tego stop-
nia zajmowała się tym wymyślonym problemem, że prowadziła działania statutowe je-
dynie na elementarnym poziomie. Stanowiło to samo w sobie formę kontroli. Działa-
li w rozsądny sposób — a przynajmniej tak im się wydawało — ustanawiając między-
narodowe status quo.
— A zniknięcie Eliota w ‘54 i ‘73?
— To były spotkania mające na celu scementowanie ich związku i potwierdzenie in-
tencji. Musieli skoordynować swoje poczynania. Spotykali się tak rzadko, jak to możli-
we, ale tak często, jak to potrzebne.
— Twoja teoria ma jedną lukę.
— Tak?
— Żaden z tych ludzi nie mógł działać na własną rękę. Musieli mieć jakiś personel
i źródła finansowania.
— Zgadza się. Jednak, jeżeli chodzi o Amerykę, to CIA ma nieograniczony, nieoficjal-
ny budżet. Nikt dokładnie nie wie jaki jest fundusz i gdzie te pieniądze wędrują. Gdyby
ktoś kontrolował wydatki, trudno byłoby zachować tajemnicę. Zgromadzenie funduszy
na prywatne operacje nie nastręcza trudności. Takie same zasady obowiązują w innych
224
agencjach.
— Zarówno Eliot, jak i pozostali potrzebowali jednak pomocy. Musieli mieć swoich
upoważnionych delegatów. Ktoś mógłby zacząć mówić.
— To nie jest konieczne. Pomyśl.
Saul poczuł lodowate zimno w żołądku.
— Ty i Remus nie mówiliście. Tak jak i inne sieroty Eliota. Podejrzewam, że ten po-
mysł pochodził od Autona; sprawdził się doskonale. Przez całe lata wraz z innymi pra-
cowałeś dla Eliota, by mógł on działać zgodnie z ustaleniami układu Abelarda, podob-
nie jak i jego przybrany ojciec.
— To on zlecił mi dokonanie zamachu na Fundację Paradygma.
— Najwyraźniej sądził, że jest to konieczne. Obwiniano o to nas oraz Izrael. Ani my,
ani oni nie życzymy sobie powiązań między Arabami i Stanami Zjednoczonymi. Poja-
wia się jednak pytanie, co chcieliśmy osiągnąć przez zamach.
— To niewłaściwe pytanie. Istotniejsze jest, dlaczego zlecił to mnie, a potem kazał
mnie zabić.
— Musisz go o to zapytać.
— O ile najpierw nie zabiję tego sukinsyna. — Saul poczuł ukłucie w sercu. — Oni
wszyscy mieli swoje sieroty.
— Jest jeszcze jeden wspólny mianownik. Landish, Golicyn i inni — wszyscy rekru-
towali przybranych synów z sierocińców, gwarantując sobie ich lojalność bez granic
i poświęcając te dzieci, jeżeli pojawiła się taka konieczność.
— To się robi coraz ohydniejsze. — Saul uniósł dłonie do góry: — Gdybym mógł…
— Dlatego wciąż żyjesz.
Saul przyjrzał mu się spod zmrużonych powiek. Czuł, że ogarnia go gniew. — Przejdź
do rzeczy.
— Golicyn — podobnie jak Łaziensokow przed nim — przewidział swoją egzekucję
i wybrał następcę. Doszedłem do tego, kim jest ta osoba, ale obawiam się, że moje po-
szukiwania nie pozostały niezauważone. Przeciwnik jest sprytny i ma władzę. Jeżeli sta-
nę się dla niego zbyt niebezpieczny, bez trudu mnie zniszczy. Dlatego też skoncentrowa-
łem się na spadkobiercach układu Abelarda w pozostałych agencjach wywiadowczych.
— Ale dlaczego? Jeżeli sabotowali pracę swoich wywiadów, powinieneś się tylko
z tego cieszyć.
— Nie musiało tak być, jeżeli działali w porozumieniu, jeżeli następca Golicyna
współpracował z nimi. Oni mieszają się w naturalny porządek rzeczy, a ja jestem mark-
sistą, mój przyjacielu. Wierzę w dominację radziecką. Oczywiście nasz system nie jest
wolny od wad, ale są one nieistotne w porównaniu z…
— Czym?
— Absolutną ohydą waszego systemu. Chcę zniszczyć tych ludzi. Chcę, żeby dialek-
225
tyka rozwijała się zgodnie ze swoim kierunkiem, zniszczyła status quo i dokończyła
dzieła Rewolucji. — Orlik uśmiechnął się. — Kiedy otrzymałem polecenie przechwyce-
nia ciebie i zabicia, nie mogłem uwierzyć w tak szczęśliwy traf.
— Tylko to? Chcesz, żebym załatwił tych facetów, żebyś ty był bezpieczny?
Orlik skinął głową.
— Ja chcę zniszczyć Eliota. Żeby wydostać się stąd, muszę pójść na kompromis, ro-
zumiem. Ale jeżeli mam ci pomóc, ty musisz pójść na dużo większy.
— Nie, ja mam Erykę. Nie dopuścisz do tego, by umarła. Poza tym jest jeszcze coś…
Saul zmarszczył czoło.
— Utrzymujesz, że twoim jedynym wrogiem jest Eliot? Mylisz się. Masz przynajm-
niej jeszcze jednego — powiedział Orlik.
— Kogo?
— Zastanawiałeś się, skąd Eliot wiedział, że przyjechaliście do Paryża?
— Mów!
— Chris nie żyje. Landish go zabił.
V.
Eryka łkała.
Sypialnia pozbawiona była okien. Saul chciał krzyczeć, rozwalać ściany. Myślał, że
wybuchnie, ogarnięty jednocześnie wściekłością i przytłaczającym żalem. — To powi-
nienem być ja.
Dziewczyna jęknęła.
— Chciał pojechać zamiast mnie do Paryża i razem z tobą porwać Koczubeja. Pro-
sił, żebym to ja pilnował Landisha. — Saul z trudem łapał oddech. — Miał przeczucie,
że mnie zabiją. A ja go nie posłuchałem!
— Daj spokój.
— Nie słuchałem!
— To nie twoja wina. Najniższa karta miała zostać. Gdybyś ty był na jego miejscu…
— Zginąłbym zamiast niego! Chętnie oddałbym życie, żeby to wszystko cofnąć!
— On by tego nie chciał! — Eryka wstała i niepewnie podniosła dłoń do obanda-
żowanej głowy. — Nie po to prosił cię o zmianę, żeby uratować swoje życie. Myślał, że
uratuje twoje. To nie twoja wina. Na miłość boską, przyjmij to, co ci ofiarował. — Eryka
wzdrygnęła się i zaczęła płakać. — Biedny Chris. Miał tak popieprzone życie. Nigdy nie
zaznał…
— Spokoju? — Saul skinął głową ze zrozumieniem. Obu tak przeszkolono, by odrzu-