— Nie zamierzam zrobić panu krzywdy, panie Rook...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Proszę pani, jeśli pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy Pięćdziesiątej Piątej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Tak więc nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie ukształtowały się raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegł do jej wytężonego słuchu — cichy jak brzęczenie komara daleki dzwonek, za chwilę ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- le jest potrzebny), niedostępnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- łącznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- wyreperował dach i ściany, wybił otwory i wstawił okna, żeby był przewiew — zmienił całe pomieszczenie tak, że wyglądało prawie jak mieszkanie...
- — Od dawna panowało przekonanie, że rzeka Nil wypływa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- mogła umknąć uwagi czatowników pilnujących granicy — i niepostrzeżenie prze- dostać się w głąb terenów Armektu...
- 2 — Głodna kotka 33 - Świetnie się dogadujecie - stwierdził kiedyś, jeszcze w próbnym okresie Maryjkowego panowania...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Przyniosłem panu wiadomość, to
wszystko.
— Nie chcę jej słyszeć, Elvinie. Chcę, żebyś sobie poszedł.
Elvin nie ruszył się. Najbardziej niepokoiły Jima jego niewidzące oczy, rozcięte na pół
tak, że źrenice wyglądały jak przecięte pieczarki.
— Chcę, żebyś sobie poszedł, Elvinie — powtórzył. — Nie chcę mieć nic wspólnego z
wujem Umberem i możesz mu to powiedzieć.
— Musisz wysłuchać wiadomości od niego — nalegał Elvin.
— Powiedziałem mu w komisariacie, że koniec z tym.
— On mówi, że pan jest jego przyjacielem, panie Rook. Jego jedynym przyjacielem.
Powiedział też jednak, że za każdym razem, gdy powie pan „nie”, ktoś z pańskiej klasy
umrze w ten sam sposób jak ja.
Jim nic nie odpowiedział, tylko oblizał wargi. W ustach miał tak sucho, jakby od roku
nic nie pił.
— W Vernon jest bar „Sly’s” — ciągnął Elvin. — W tym barze przesiaduje facet zwany
Chillem. Naprawdę nazywa się Charles Gillespie, ale nie lubi, kiedy ktoś tak się do niego
zwraca. Ma pan zobaczyć się z nim i powiedzieć mu, że pracuje pan dla Umbera Jonesa, który
wie, że on właśnie odebrał świeżą dostawę… dwa kilo najlepszej kolumbijskiej koki. Potem
powie mu pan, że od tej pory on też będzie pracował dla Umbera Jonesa i oddawał mu
dziewięćdziesiąt procent zysku. Powie mu pan, że później dowie się, gdzie i kiedy może
zapłacić. A gdyby nie chciał współpracować, powie mu pan, że Umber Jones obserwuje go
dzień i noc, po czym wręczy mu pan to…
Elvin wsunął okaleczoną dłoń do kieszeni i wyjął kawałek czarnego materiału. Podał go
Jimowi, ale ten nie wyciągnął ręki, więc Elvin ostrożnie położył szmatkę na stole.
— Niech pan powie Chillowi, że mamy teraz inne czasy — dodał. — Lepiej niech także
się zmieni, jeśli ceni swoje życie.
Z tymi słowami odwrócił się i poczłapał do drzwi, po omacku odnajdując drogę między
fotelami. Zanim wyszedł, przystanął na moment i odwrócił się.
— Lepiej niech pan idzie do Chilla dziś wieczorem — poradził. — Umber Jones to
nadzwyczaj niecierpliwy człowiek.
Przekroczył próg i bardzo cicho zamknął za sobą drzwi, co było o wiele bardziej
przerażające, niż gdyby je zatrzasnął. Jim przez dłuższą chwilę siedział z pochyloną głową na
kanapie, robiąc głębokie, uspokajające wdechy.
Czytał artykuły o „żywych trupach”, lecz zawsze wic raczej historyczny niż magiczny
aspekt tego mitu. Zombie były ofiarami bezwzględnych plantatorów trzciny cukrowe podczas
dotkliwego braku rąk do pracy na Haiti w 1918. Powiadano, że plantatorzy wynajmowali
czarowników voodoo, aby podawali robotnikom środki pobudzające zapewne mieszaninę
tetrodotoksyny z pewnego gatunku ryby, silnie halucynogennego bielunia oraz wyciągu z
Bufo marinus, dającego niezwykłą siłę. Środki te spowalniały puls i wywoływały pozorną
śmierć — tak, że człowiek mógł zostać pochowany i przez wiele dni pozostawać w grobie.
Czarownik mógł potem takiego zombie ekshumować, ożywić i wysłać do pracy na
plantacjach — jednak dopiero wtedy, gdy dla ostrożności uciął mu język, żeby ofiara nie
mogła protestować ani wyjawić, co się jej stało.
Ale Elvin… z Elvinem było inaczej. Chłopak został zakłuty na śmierć. Przebito mu
serce, płuca i wątrobę. Jego ciało poddano sekcji, która zabiłaby go, gdyby już nie był
martwy.
Tymczasem dziś wieczorem wszedł do mieszkania Jima i rozmawiał z nim.
W końcu Jim wziął się w garść. Najpierw podszedł do drzwi i zamknął je na łańcuch, a
potem na miękkich nogach poczłapał do kuchni i nalał sobie kolejnego drinka. Ręce trzęsły
mu się tak bardzo, że szyjka butelki dzwoniła o szklankę. Wypił całą porcję jednym haustem i
zakrztusił się.
Wrócił do pokoju. Elvin pozostawił po sobie dziwny, wyraźny zapach, aromatyczny i
ostry, podobny do woni, jaką roztaczał wokół siebie wuj Umber, ale zmieszany ze słodkawą
wonią rozkładającego się ciała. Kawałek materiału, który usiłował wręczyć Jimowi, nadal
leżał na stole. Jim podniósł go i obrócił w palcach. Był to szorstki czarny materiał, jakby
odcięty z księżej sutanny. Ciemnoczerwoną farbą, ledwie widoczną w sztucznym świetle,
nakreślono na nim jakieś znaki i słowa. Jim nie wiedział, jakie wrażenie może zrobić ta
przesyłka na człowieku, któremu miał ją dać, ale nie wyglądała groźnie.
Teraz musiał się zdecydować, czy porozmawia z Chillem. Nigdy nie był tchórzem,
jednak perspektywa spotkania z handlarzem narkotyków na jego własnym terenie z żądaniem
dziewięćdziesięciu procent zysków wyglądała co najmniej na kuszenie losu. Ale był pewny,
że jeśli nie pójdzie, wuj Umber nie zawaha się przed wymordowaniem wszystkich jego
uczniów.
Zerknął na zegarek. Kilka minut po północy. Z wieszaka przy drzwiach zdjął niebieski
prochowiec i włożył go. Jeszcze nigdy niczego nie robił tak niechętnie, wiedział jednak, że
nie ma innego wyjścia. Rozejrzał się po pokoju i zgasił światło. Kiedy otworzył drzwi, ujrzał
przed sobą wysoką czarną sylwetkę, obrysowaną światłem padającym przez szklaną kopułę
klatki schodowej. Wokół niej trzepotały ćmy i wyglądała jak Władca Much.
Jim cofnął się przerażony do mieszkania i stał z rozdziawionymi ustami.
Przybysz zrobił krok naprzód. W rękach trzymał jakieś pudełko lub skrzynkę.
— Przyniosłem ci pizzę, człowieku. Coś nie tak? — zapytał z niepokojem.
Jim włączył światło i zobaczył chudego chłopaka z rzadką bródką i kolczykami, w
czerwono–czarnej koszulce Pizza Hut.
— Dwadzieścia dolców, człowieku — powiedział chudzielec, mocno trzymając
pudełko, a kiedy Jim otworzył portfel i wyjął dwadzieścia dolarów, dodał: — Wyglądasz pan,
jakbyś zobaczył ducha.
Jim podał mu pomięte banknoty i pięć dolarów napiwku.
— Tak — mruknął. — Właśnie miałem tu jednego.
Odszukanie „Sly’s” zajęło mu ponad dwadzieścia minut. Bar mieścił się w piwnicy i
prowadziły do niego wąskie drzwi z ciemnej bramy, nad którą migotał purpurowy neon
napisu. Jim zaparkował za rogiem, a potem poszedł do baru chodnikiem pełnym wałęsających
się bez celu młodych ludzi i czujnych, groźnie wyglądających mężczyzn. Wokół było również
pełno dziwek w szortach, minispódniczkach i perukach wszelkich możliwych kolorów.