— Nie podoba mi się — jęknął Moonglum...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Proszę pani, jeśli pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy Pięćdziesiątej Piątej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Tak więc nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie ukształtowały się raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegł do jej wytężonego słuchu — cichy jak brzęczenie komara daleki dzwonek, za chwilę ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- le jest potrzebny), niedostępnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- łącznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- wyreperował dach i ściany, wybił otwory i wstawił okna, żeby był przewiew — zmienił całe pomieszczenie tak, że wyglądało prawie jak mieszkanie...
- — Od dawna panowało przekonanie, że rzeka Nil wypływa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- mogła umknąć uwagi czatowników pilnujących granicy — i niepostrzeżenie prze- dostać się w głąb terenów Armektu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— Za łatwo poszło. To musi być
pułapka. Czy zamierzamy wpaść w nią ku radości tych, którzy rządzą tym za-mczyskiem?
— A co innego możemy uczynić? — spytał cicho Elryk.
— Iść dalej. Lub cofnąć się. Cokolwiek, byle ominąć zamek, a nie drażnić Je-go, który strzeże Księgi! — Shaarilla z całych sił chwyciła prawe ramię albinosa.
Twarz jej wykrzywiał paniczny strach. — Zapomnij o Księdze, Elryku!
— Teraz? — roześmiał się książę. — Gdy jesteśmy już u celu? Nie, Shaarillo, jestem zbyt blisko poznania prawdy. Wolę już umrzeć, niż żyć ze świadomością, że zaniechałem spojrzenia do Księgi, gdy mogłem to uczynić.
Shaarilla rozluźniła uchwyt, ręce opadły jej bezwolnie.
— Nie możemy walczyć ze sługami Entropii. . .
69
— Może wcale nie będziemy musieli. — Elryk sam niezbyt dowierzał swoim słowom, wydało mu się, że jakaś siła zmusza go do ich wypowiedzenia.
Moonglum spojrzał na Shaarillę.
— Ona ma rację — powiedział z przekonaniem. — Nic tu nie znajdziesz,
prócz zgorzknienia, a może i śmierci. Spróbujmy raczej zbadać tamte schody. Mo-
że uda się nimi wyjść na powierzchnię. — Wskazał na kręte stopnie prowadzące ku otworowi w sklepieniu jaskini.
Elryk potrząsnął głową.
— Nie. Jak chcecie, to sobie idźcie.
— Uparciuch z ciebie. — Moonglum skrzywił się, zakłopotany. — No do-
brze, wszystko albo nic. Idę z tobą. Ale prawdę mówiąc, to ja osobiście jestem zwolennikiem kompromisu.
Książę ruszył powoli w głąb zamku.
Na środku podwórca pojawiła się wysoka, spowita w szkarłatny ogień postać, która wyraźnie ich oczekiwała.
Elryk minął bramę, a Moonglum i Shaarilla niespokojnie podreptali za nim.
Wyczekujący ich gigant wybuchnął śmiechem. Był nagi i nieuzbrojony, biło
jednak od niego takie poczucie siły, że cała trójka omal nie zawróciła. Jego skó-
ra pokryta była łuską koloru przydymionej purpury, a pod nią widać było potężne węzły mięśni lekko pracujących, gdy olbrzym kołysał się z wolna na piętach. Gło-wę miał podłużną, z mocno odsuniętym do tyłu czołem i jak wyciętymi z błękitnej stali oczami bez źrenic. Całym jego ciałem wstrząsał nieopanowany śmiech.
— Witam cię, panie Elryku z Melniboné! Gratuluję znaczącego osiągnięcia!
— Kim jesteś? — wychrypiał książę z ręką na mieczu.
— Nazywam się Orunlu Strażnik, a to jest warownia Władców Entropii. —
Gigant uśmiechnął się cynicznie. — Nie musisz tak pieścić swojego scyzoryka, wiesz przecież, że tutaj już nie jestem w stanie nic ci zrobić. Tylko pod tym wa-runkiem pozwolono mi przedostać się na chwilę samemu do twojego wymiaru.
— Nie możesz nas powstrzymać? — spytał Elryk z rosnącym podnieceniem.
— Ani nie śmiem, tym bardziej że wszystkie moje dotychczasowe wysiłki
spełzły na niczym. Muszę przyznać, że wasza niemądra wyprawa przysporzyła mi nieco kłopotu. Dla nas Księga jest sprawą najwyższej wagi, ale cóż może znaczyć dla was? Strzegę jej od trzystu stuleci i nigdy nie byłem ciekaw, co jest w niej tak istotnego, że aż fatygowano się, by uchronić ją przed spaleniem się w słońcu i umieścić na tej nudnej planetce zamieszkanej przez kłótliwe i krótko-wieczne stworzenia zwane ludźmi?
— My poszukujemy w niej prawdy — odparł chwacko Elryk.
— Nic takiego nie istnieje. Jest tylko wieczna walka, ustawiczne zmagania —
odparł z przekonaniem płomienisty gigant.
— A co włada ponad Ładem i Chaosem? — spytał Elryk. — Co określa twe
przeznaczenie, tak jak moje jest określane?
70
Gigant zmarszczył czoło.
— Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiem. Istnieje tylko Kosmiczna Równowaga.
— No to może Księga powie nam, w czyich rękach spoczywa zadanie utrzy-
mania równowagi — stwierdził całkiem już pewny siebie Elryk. — Pozwól mi
przejść. I powiedz mi jeszcze, gdzie znajdę Księgę.
Olbrzym odsunął się z ironicznym uśmiechem na twarzy.
— Jest w małej komnacie w centralnej wieży. Chętnie sam pokazałbym ci
drogę, ale przysięgałem, że nigdy tam nie zajrzę. Idź, jak chcesz. Moja rola skoń-
czona.
Cała trójka skierowała się ku wejściu do zamku, ale zanim w nim zniknę li, Orunlu przemówił ponownie, tym razem tonem ostrzeżenia.
— Słyszałem, że wiedza zawarta w Księdze może przechylić szalę na stronę
sił Ładu. Trochę mnie to niepokoi, ale o wiele gorsza jest druga możliwa perspektywa.
— Jaka? — spytał Elryk.
— Że wyniknie z tego takie zamieszanie w multiwszechświecie, że ostatecz-
nym wynikiem bałaganu będzie całkowita entropia. Moi panowie wcale tego nie pragną, bowiem oznaczałoby to zniszczenie wszelkiej materii. A naszym zadaniem nie jest zwycięstwo, ale walka, wieczne zmaganie.
— Mało mnie to obchodzi — odparł Elryk. — Niewiele mam do stracenia.
— Zatem idź. — Gigant przesunął się przez podwórzec i zniknął w mroku.
Blady blask oświetlał wijące się w górę schody wewnątrz wieży. Elryk zaczął
wspinać się po nich w milczącej determinacji. Moonglum i Shaarilla podążyli za nim z wahaniem, a ich oblicza wyrażały stan bliski całkowitego pogodzenia się z losem.
Schody ciągnęły się coraz wyżej, aż przywiodły ich do kolorowej komnaty
wypełnionej oślepiającym światłem, które nie promieniowało na zewnątrz, pozo-stając wyłącznie w murach wieży.
Mrugając oczami i zasłaniając je ramieniem, Elryk parł dalej, aż ujrzał źródło blasku leżące na niewielkim, kamiennym postumencie pośrodku pomieszczenia.
Podobnie oślepieni Shaarilla i Moonglum po omacku weszli do środka i sta-
nęli zdumieni tym, co udało im się wypatrzyć.
Księga była wielka. Pulsowała światłem, sama była blaskiem i kolorem. Jej okładka lśniła ostro nieznanymi klejnotami.
— Wreszcie — dyszał Elryk. — Wreszcie poznam Prawdę! Jak pijany pod-
szedł do postumentu i sięgnął bladymi dłońmi przedmiotu swych pragnień. Dotknął brzegu okładki i spróbował otworzyć Księgę.