— Mam nadzieję, że nie… Uważam, że już by się pani dowiedziała...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Tak więc nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie ukształtowały się raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegł do jej wytężonego słuchu — cichy jak brzęczenie komara daleki dzwonek, za chwilę ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- le jest potrzebny), niedostępnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- łącznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- wyreperował dach i ściany, wybił otwory i wstawił okna, żeby był przewiew — zmienił całe pomieszczenie tak, że wyglądało prawie jak mieszkanie...
- — Od dawna panowało przekonanie, że rzeka Nil wypływa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- mogła umknąć uwagi czatowników pilnujących granicy — i niepostrzeżenie prze- dostać się w głąb terenów Armektu...
- 2 — Głodna kotka 33 - Świetnie się dogadujecie - stwierdził kiedyś, jeszcze w próbnym okresie Maryjkowego panowania...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Czy on ma zawsze przy sobie dokumenty? Paszport itd.
— O tak, sir. Ma bilety wizytowe. W portfelu ma też listy i inne papiery.
— Cóż, zatem chyba nie jest w szpitalu — rzekł archidiakon. — Chwileczkę. Kiedy opuścił hotel, wziął taksówkę do Ateneum. Zadzwonię tani.
Tu otrzymał trochę dalszych informacji. Kanonik Pennyfather jadł obiad dziewiętnastego o godzinie 19.30. Archidiakona uderzyło coś, co przeoczył wcześniej. Bilet na samolot opiewał na osiemnastego, a kanonik opuścił hotel „Bertram” taksówką do Ateneum w dniu dziewiętnastym, przekonany, że jedzie na konferencję do Lucerny. Coś mu zaświtało. „Głupi, stary osioł” — pomyślał archidiakon, ale przezornie nic powiedział tego głośno w obecności pani Mc Crae. „Poplątał daty. Konferencja była dziewiętnastego. Sądził, że wyjeżdża osiemnastego. Pomylił się o jeden dzień”.
Ostrożnie posuwał się tym tropem. Kanonik poszedł do Ateneum, zjadł obiad i pojechał na lotnisko Kensington. Tam niewątpliwie zwrócono mu uwagę, że ma bilet na poprzedni dzień, zatem zapewne stwierdził, że konferencja, na którą wyruszał, już się skończyła.
— Oto, co się zdarzyło — powiedział archidiakon. Wyjaśnił wszystko pani Mc Crae, a ona zgodziła się, że to wielce prawdopodobne. — Co zatem mógł robić później?
— Wrócić do hotelu — rzekła pani Mc Crae.
— Nie mógł przyjechać prosto tutaj, to znaczy, nie mógł pójść prosto na stację.
— Nic, jeśli zostawił bagaż w hotelu. W każdym razie, zadzwoniłby po niego.
— To prawda — zgodził się Simmons. — Dobrze. Będziemy rozmiłować wspólnie. Opuścił lotnisko i wrócił do hotelu, albo w każdym razie do niego wyruszył. Może też zjadł obiad — nie, jadł w Ateneum, Dobrze, więc wracał do hotelu. Ale nigdy tam nie doszedł. — Przerwał na chwilę, a potem powiedział z powątpiewaniem: — A może jednak dotarł? Tylko, zdaje się, nikt go tam nie widział. Co zatem zdarzyło się po drodze?
— Mógł kogoś spotkać — rzekła pani Mc Crae niepewnie.
— Tak, to oczywiście całkiem możliwe. Jakiegoś starego przyjaciela, którego od dawna nie widział… Mógł pojechać z nim do jego hotelu, albo do domu, ale przecież nie na trzy dni, prawda? Musiał pamiętać, że jego bagaże zostały u „Bertrama”. Zadzwoniłby w tej sprawie, posłał po nie, albo w napadzie najwyższego roztargnienia mógł pojechać prosto do domu bez walizek. Trzydniowe milczenie. To właśnie jest niewytłumaczalne.
— Jeżeli miał wypadek…
— Tak, to mogło się zdarzyć. Możemy szukać w szpitalach. Ale powiada pani, że miał przy sobie różne papiery, które pomogłyby go zidentyfikować? Hm, uważam, że mamy przed sobą tylko jedną drogę.
Pani Mc Crae spojrzała lękliwie.
— Myślę — powiedział łagodnie Simmons — że musimy zwrócić się do policji.
Rozdział dwunasty
Pobyt panny Marple w Londynie przynosił jej mnóstwo przyjemności. Odwiedziła liczne miejsca, których nic miała czasu zobaczyć podczas poprzednich, krótkich wizyt. Trzeba z żalem stwierdzić, że nie korzystała z szerokich możliwości uczestniczenia w imprezach kulturalnych, jakie oferowała stolica. Nie zwiedzała galerii malarstwa ani muzeów. Pomysł chodzenia na pokazy mody nie przyszedł jej nawet do głowy. Odwiedzała działy szkła i chińszczyzny w wielkich magazynach oraz stoiska z bielizną pościelową i stołową, a nawet kupiła trochę przecenionych artykułów w dziale tkanin obiciowych. Wydając na te domowe inwestycje tyle, ile uważała za rozsądne, urządzała sobie samotne wyprawy lam, gdzie chciała. Odwiedzała miejsca i sklepy zapamiętane z czasów młodości, często jedynie z chęci przekonania się, czy jeszcze istnieją. Wychodziła zwykle po odświeżającej małej drzemce po lunchu, unikając, jak tylko się dało portiera uparcie przekonanego, że dama w jej wieku, a przy tym słabego zdrowia, powinna jeździć wyłącznie taksówką, i szła na przystanek autobusowy albo do stacji metra. Kupiła mały rozkład jazdy autobusów, a także plan metra i układała swoje wycieczki starannie. Po południu można ją było widzieć spacerującą nostalgicznie wokół Evelyn Garden czy Onslow Square i mruczącą cicho: — Tak, to był dom pani Van Dylan. Oczywiście teraz wygląda zupełnie inaczej. Chyba go przerobili. Och, widzę, że założono cztery dzwonki. Pewnie do czterech mieszkań. A tu był zawsze taki miły, staromodny skwerek.
Trochę zakłopotana, złożyła wizytę u Madame Tussaud, zapamiętanej rozkoszy dzieciństwa. W Westbourne na próżno rozglądała się za Bradleyem. Ciotka Helena chodziła tam zawsze w sprawie swojego fokowego żakietu.
Wystawy sklepowe w ogólnym sensie nie interesowały panny Marple, za to spędzała wspaniale czas, polując na modne fasony trykotaży, nowe gatunki włóczek i tym podobne cuda. Zrobiła specjalną wycieczkę do Richmond, aby zobaczyć dom, w którym mieszkał kiedyś jej stryjeczny dziadek Tomasz, admirał w stanie spoczynku. Uroczy taras istniał jeszcze, ale budynek, jak wszystkie w sąsiedztwie, został podzielony na mieszkania. Jeszcze bardziej przykry był widok domu na Lowndes Square, gdzie przed laty żyła na wysokiej stopie jej daleka kuzynka, lady Merridew. Zbudowano tu wielki, nowoczesny wieżowiec, „drapacz chmur”, jak kiedyś nazywano te nowoczesne pudełka. Panna Marple potrząsnęła smutno głową i powiedziała do siebie z przekonaniem:
— Zapewne postęp jest nieodzowny, ale jestem pewna, że kuzynka Ethel przewróciłaby się w grobie, gdyby wiedziała o tym, co postawiono na miejscu jej rezydencji.