Czy to znaczy, że Syndykat przemknął i tutaj? — zastanowił się Kellerman...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Proszę pani, jeśli pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy Pięćdziesiątej Piątej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Tak więc nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie ukształtowały się raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegł do jej wytężonego słuchu — cichy jak brzęczenie komara daleki dzwonek, za chwilę ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- le jest potrzebny), niedostępnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- łącznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- wyreperował dach i ściany, wybił otwory i wstawił okna, żeby był przewiew — zmienił całe pomieszczenie tak, że wyglądało prawie jak mieszkanie...
- — Od dawna panowało przekonanie, że rzeka Nil wypływa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- mogła umknąć uwagi czatowników pilnujących granicy — i niepostrzeżenie prze- dostać się w głąb terenów Armektu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— Dlaczego mielibyśmy go podejrzewać? — spytał Beaurain.
— Ponieważ specjalnie podstawiłem mu nogę, a facet nawet się nie oburzył,
tylko prysnął stamtąd najszybciej, jak się dało.
— Chyba masz rację. Chodźmy zobaczyć się z Markerem. Weszli po schodach
na pierwsze piętro. Dalszą drogę rzeczywiście zagradzała barierka i siedzący za biurkiem strażnik. Przepustka okazała się niezbędna. Po dokładnym jej spraw-dzeniu zostali poinformowani, że mają wejść na drugie piętro, skręcić w prawo
i przejść korytarzem do pokoju numer 78.
— Co pana niepokoi? — spytał przyciszonym głosem Kellerman, kiedy wcho-
dzili na kolejne schody, biegnące, tak jak i pierwsze, między dwiema spiralnymi ścianami kamiennych płyt.
— Syndykat wiedział, że tu przyjedziemy — odparł posępnie Beaurain. —
Ich sprawność i metodyczność działania jest wprost niewiarygodna. Nigdy do tej pory nie zetknęliśmy się z czymś takim. Łatwość, z jaką przenikają na najwyższe szczeble władzy, jest wręcz przerażająca. Jedyne, co nam pozostało, to przejść do natarcia i wytrącić ich z równowagi.
Reakcja Beauraina była dlań bardzo charakterystyczna. Kellermana zaintry-
gowała jednak przyczyna, skłaniająca szefa do wygłoszenia tej uwagi.
— Dlaczego uważa pan, że sprawność i metodyczność ich działania jest aż
niewiarygodna? Czy coś przeoczyliśmy?
— Po pierwsze, co już powiedziałem, czekał tu na nas ich człowiek. Ale prze-
cież myśmy wcale nie mieli tu dotrzeć. Mieliśmy zostać zabici, zastrzeleni przed dworcem przez tamtych dwóch z neseserem. A to oznacza, że ten facet na dole
był tylko rezerwą, odwodem wystawionym wyłącznie na okoliczność tej zupełnie
minimalnej szansy, że przeżyjemy zamach. Po drugie, skąd mogli wiedzieć, że
idziemy spotkać się z Markerem? Tu istnieją jedynie dwie możliwości: albo mają kogoś w centralce telefonicznej Royal Hotel, albo — co gorsza — w centrali telefonicznej tutaj, w Politigarden. Ten piekielny ZENIT zaciska się wokół nas coraz ciaśniejszą pętlą.
Doszli na drugie piętro. Beaurain pchnął masywne drzwi i znaleźli się na
otwartym powietrzu, na długim korytarzu-tarasie, z biegnącą wzdłuż poręczą
od strony dziedzińca. Kellerman uznał, że architekt dziwnie to zaprojektował.
Z zewnątrz budynek wydawał się trójgraniasty, tymczasem wewnątrz wydrążono
w nim ogromny dziedziniec pod gołym niebem, dokładnie okrągły i całkowicie
odizolowany od świata.
Na dziedzińcu, który przypominał arenę amfiteatru, nie było żywego ducha.
Skręcili w prawo i poszli wzdłuż łukowato wygiętej ściany, mijając rozmieszczone w równych odstępach kolejne masywne drzwi.
122
— Dziwaczny budynek — zauważył Kellerman.
— Jedyny w swoim rodzaju, a mam duże doświadczenie — odparł Beaurain.
— Znikajmy szybciej z tego cholernego balkonu. Można tu do nas walić jak
do kaczek, a obaj nie mamy broni.
— Pokój 78. Spokojnie, Max, Marker ci się spodoba. — Beaurain przekręcił
klamkę w drzwiach. Weszli do dużego gabinetu i dokładnie w tym samym mo-
mencie obaj spojrzeli przez otwarte drzwi do sąsiedniego pokoju. Na stojącym
wewnątrz pod ścianą wielkim biurku leżał jeden jedyny przedmiot. Nóż.
* * *
— Heroina wartości czterdziestu milionów koron.
Mężczyzna, który wypowiedział te słowa i umilkł, był średniego wzrostu, miał
pięćdziesiąt kilka lat, zaokrąglony brzuszek oraz krzaczaste i siwiejące brwi i wło-sy. Rumiana cera, pucołowate policzki i żywy błysk intensywnie niebieskich oczu zdradzały zapalonego piechura lub rowerzystę. Wydawał się uosobieniem dobro-duszności. To był właśnie nadinspektor Bodel Marker, szef departamentu wywia-
du, człowiek, którego zasługą było kilka najbardziej udanych akcji kopenhaskiej policji.
Jego goście, Beaurain i Kellerman — przedstawiony jako Foxbel — siedzie-