„Na pewno umrę — mówił do siebie Guccio...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Proszę pani, jeśli pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy Pięćdziesiątej Piątej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Tak więc nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie ukształtowały się raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegł do jej wytężonego słuchu — cichy jak brzęczenie komara daleki dzwonek, za chwilę ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- le jest potrzebny), niedostępnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- łącznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- wyreperował dach i ściany, wybił otwory i wstawił okna, żeby był przewiew — zmienił całe pomieszczenie tak, że wyglądało prawie jak mieszkanie...
- — Od dawna panowało przekonanie, że rzeka Nil wypływa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- mogła umknąć uwagi czatowników pilnujących granicy — i niepostrzeżenie prze- dostać się w głąb terenów Armektu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— Głupio umierać w taki sposób
w moim wieku. Pochłonie mnie morze. Już nigdy nie zobaczę Paryża ani Sieny,
ani mojej rodziny, już nigdy nie zobaczę słońca. Gdybym choć zaczekał dzień
lub dwa w Calais. Co za głupota! Ale jeżeli z tego wyjdę, na Madonnę, zostaję
83
w Londynie, będę ładował drzewo, będę się łajdaczył, wszystko jedno co będę robił, ale nigdy moja noga nie postanie na statku”.
Wreszcie, klęcząc w ciemnościach, objął ramionami pal wielkiego masztu
i tak uczepiony, drżący, z chorym żołądkiem, w przemoczonej odzieży, oczekiwał
własnej śmierci i obiecywał wota kościołom Santa Maria delie Nevi, Santa Maria
delia Scala, Santa Maria dei Servi, Santa Maria del Carmine, słowem, wszystkim
kościołom, jakie znał w Sienie.
O świcie burza uciszyła się. Do cna wyczerpany Guccio rozglądał się dokoła:
skrzynie, żagle, płachty, kotwice i liny piętrzyły się w przerażającym nieładzie; na dnie statku, pod szparą w podłodze, chlupotała kałuża wody.
Klapa w pomoście otworzyła się i ktoś szorstko krzyknął:
— Hola! Signor! Spaliście?
— Spałem? — odparł Guccio głosem pełnym urazy. — Równie dobrze mo-
głem umrzeć.
Rzucono mu sznurową drabinę i z pomocą majtków wylazł na pokład. Owiał
go chłodny wiatr i Guccio zadrżał w przemoczonym ubraniu.
— Nie mogliście mnie uprzedzić, że będzie burza? — powiedział Guccio do
właściciela statku.
— Ba! Szlachetny panie, to prawda, że mieliśmy przykrą noc. Ale wam się
podobno spieszyło. . . A dla nas, wiecie, to zwykła rzecz — odparł szyper. —
Teraz jesteście blisko brzegu.
Był to stary, barczysty mężczyzna o szpakowatym zaroście. Patrzył kpiąco na
Guccia.
Wyciągnął rękę ku bielejącej linii, która wyłaniała się z mgły, i dodał:
— Tam już Dover.
Guccio westchnął i otulił się płaszczem.
— Za ile czasu przybędziemy?
Tamten odparł, wzruszając ramionami:
— Za dwie lub trzy godziny najdalej, wiatr dmie od wschodu.
Na pokładzie leżało trzech majtków powalonych zmęczeniem. Czwarty, ucze-
piony drążka steru, gryzł kawał solonego mięsa i nie spuszczał wzroku z dziobu
statku i wybrzeża Anglii.
Guccio usiadł koło starego marynarza pod osłoną małego przepierzenia z de-
sek, które chroniło go od wiatru, i mimo światła, zimna i wzburzonego morza
zapadł w sen.
Kiedy się zbudził, miał już przed oczami czworoboczny dok portu Dover, rzę-
dy niskich domków o nieociosanych ścianach i dachach obciążonych kamieniami.
Na prawo od przejścia odcinał się od tła, strzeżony przez uzbrojonych ludzi, dom szeryfa. Nadbrzeże zapełnione towarami, zwalonymi pod osłoną daszków, roiło
się od hałaśliwego tłumu. Bryza niosła zapach ryby, smoły i gnijącego drzewa.
84
Rybacy krążyli, wlokąc sieci i niosąc na ramionach ciężkie wiosła. Dzieci ciągnę-
ły większe od siebie worki.
Statek ze zwiniętymi żaglami wszedł do doku.
Młodzi szybko odzyskują i siły, i złudzenia. Przezwyciężone niebezpieczeń-
stwa wzmagają ich zaufanie do siebie i pchają do nowych czynów. Wystarczyły
Gucciowi dwie godziny snu, aby zapomnieć o nocnych lękach. Był skłonny przy-
pisywać sobie zasługę powściągnięcia ataków burzy; widział w tym znak swojej
dobrej gwiazdy. Stojąc na pomoście w pozie zdobywcy, z dłonią zaciśniętą na li-
nie, spoglądał z namiętną ciekawością, jak zbliża się ku niemu królestwo Izabeli.
List Roberta d’Artois, zaszyty w odzież, i srebrny pierścień, schowany w trzo-
siku, zdały mu się zaliczką na wielką przyszłość. Spoufali się z władzą, pozna
królów i królowe, a także treść najtajniejszych traktatów. W upojeniu wyprzedzał
czas. Już widział siebie świetnym ambasadorem, powiernikiem, którego rad słu-
chają możni tego świata, przed którym kłonią się dostojnicy. Będzie uczestniczył
w obradach książąt. . . Czyż nie miał przed oczami przykładu swych rodaków,
Biccia i Musciata Guardich, dwóch słynnych finansistów toskańskich, których
Francuzi nazywali Biche i Mouche?* [przyp.: Nieprzetłumaczalna gra słów: wł.
Biccio — fr. Biche — łania, wł. Mussicato — fr. Mouche — mucha.] i którzy przez ponad dziesięć lat byli skarbnikami, posłami, zausznikami surowego Filipa
Pięknego? Zdziała więcej niż oni i oto pewnego dnia ludzie opowiadać będą hi-
storię sławnego Guccia Baglioni, który rozpoczął życie omal nie przewracając na
rogu ulicy króla Francji. . . Gwar portu dotarł do niego jak okrzyk uznania.
Stary marynarz przerzucił deskę między statkiem a nadbrzeżem. Guccio za-
płacił za przejazd i opuścił morze, schodząc na stały ląd.
Nie przewożąc towarów, nie musiał przechodzić przez „tratę”, to znaczy ko-
morę celną. Poprosił pierwszego spotkanego chłopaka, aby go zaprowadził do
miejscowego Lombarda.
W tej epoce bankierzy i kupcy włoscy posiadali własną organizację pocztową
i frachtową. Stowarzyszeni w „kompaniach”, które nosiły nazwę ich założyciela,
posiadali kantory we wszystkich ważniejszych miastach i portach. Kantory te były jednocześnie filią banku, biurem prywatnej poczty i agencją podróży.
Lombard z Dover należał do kompanii Albizzich. Był uszczęśliwiony, mogąc
gościć siostrzeńca szefa kompanii Tolomei, i podejmował go, jak mógł najlepiej.
Guccio umył się u niego; wysuszono mu i odprasowano odzież; zmienił złoto
francuskie na złoto angielskie, a podczas gdy siodłano mu konia, zjadł solidny
posiłek.
Jedząc, Guccio opisał burzę, przez którą tyle przecierpiał, uwypuklając przy
tym swą dzielną postawę.
Znajdował się tam człowiek imieniem Boccaccio albo Boccace, który przy-
był dnia poprzedniego i podróżował na rachunek kompanii Bardich. On również
przyjechał z Paryża, a przed odjazdem asystował przy kaźni Jakuba de Molay.
85
Słyszał na własne uszy przekleństwo i opisując tę tragedię posługiwał się wyrafinowaną i makabryczną ironią, która zachwyciła włoskich biesiadników. Był
to mężczyzna około trzydziestki, o żywej inteligentnej twarzy, wąskich wargach
i spojrzeniu, które zdawało się wszystkich bawić. Ponieważ on także jechał do
Londynu, obaj z Gucciem postanowili wspólnie odbyć drogę.
Wyruszyli w południe.
Pamiętając rady wuja, Guccio zachęcał towarzysza do opowiadań, a ten ni-
czego więcej nie pragnął. Signor Boccaccio, jak się wydaje, widział bardzo dużo.
Bywał wszędzie, a więc: na Sycylii, w Wenecji, w Hiszpanii, w Niemczech, a na-