52 — No dobrze, Bastardzie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Proszę pani, jeśli pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy Pięćdziesiątej Piątej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Tak więc nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie ukształtowały się raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegł do jej wytężonego słuchu — cichy jak brzęczenie komara daleki dzwonek, za chwilę ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- le jest potrzebny), niedostępnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- łącznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- wyreperował dach i ściany, wybił otwory i wstawił okna, żeby był przewiew — zmienił całe pomieszczenie tak, że wyglądało prawie jak mieszkanie...
- — Od dawna panowało przekonanie, że rzeka Nil wypływa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- mogła umknąć uwagi czatowników pilnujących granicy — i niepostrzeżenie prze- dostać się w głąb terenów Armektu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Wystraszyłeś biednego Gruzła na śmierć swoją ucieczką.
Nic ci nie jest? Nikt ci nic nie zrobił? Powinienem był wiedzieć, że znajdą się tacy, którzy ciebie będą winić za całe to zamieszanie. No chodź tutaj. Chodź.
Kiedy się zawahałem, wstał, podszedł do sterty koców ułożonej przy ogniu i pokle-
pał ją zapraszająco.
— Widzisz? Tu jest miejsce dla ciebie, wszystko gotowe. A tam chleb i mięso dla
was obu.
Jego słowa zwróciły moją uwagę na zakryty półmisek ustawiony na stole.
„Mięso” — potwierdziły wszystkie zmysły Gagatka i nagle zapomniałem o całym
świecie.
Brus roześmiał się na widok naszego pędu do stołu, a potem milcząco pochwalił,
że najpierw oddzieliłem porcję dla Gagatka, a później dopiero sam zacząłem łapczywie napychać usta jedzeniem. Ucztowaliśmy aż do przesytu, gdyż Brus potrafił przewidzieć, jak głodni będą chłopak i szczeniak po całym dniu kłopotliwych przygód. A potem, mi-mo wcześniejszej drzemki, koce ułożone tak blisko ognia wydały nam się niezmiernie
53
pociągające. Z pełnymi brzuchami skuliliśmy się wystawiając plecy ku ciepłym płomie-niom i zapadliśmy w sen.
Gdy się zbudziliśmy następnego dnia, słońce stało już wysoko na niebie, a Brus
dawno wyszedł. Zanim opuściliśmy kwaterę królewskiego koniuszego, zjedliśmy piętki,
które zostały z bochenka, i ogryźliśmy do czysta kości.
Na dole nikt nas nie zaczepił, nawet chyba nikt nie dostrzegł.
Zaczął się następny dzień chaosu i świętowania. Twierdza była, o ile to możliwe,
jeszcze bardziej wypełniona tłumem. W przejściach stał kurz, a zmieszane głosy nakła-dały się na szum wiatru i bardziej odległy pomruk fal. Gagatek chłonął to wszystko,
każdą woń, każdy obraz i dźwięk. Zdwojona siła wrażeń przyprawiała mnie o zawrót
głowy. Ze strzępków posłyszanych rozmów zrozumiałem, że nasze przybycie zbiegło
się z wiosennym Świętem Radości. Decyzja księcia Rycerskiego o rezygnacji z praw
do tronu ciągle była tematem najważniejszym, ale nie przeszkadzała teatrzykom mario-
netek ani kuglarzom w przekształceniu każdego rogu ulicy w scenę. Co najmniej jeden
z teatrzyków włączył do pieprznej komedyjki historię najnowszych wypadków. Stałem
54
anonimowy w tłumie widzów i zdumiewałem się dialogami o obsiewaniu pola sąsiada, które dorosłych przyprawiały o paroksyzmy śmiechu.
Wkrótce tłum i zgiełk przytłoczyły nas obu, więc dałem Gagatkowi znać, że chciał-
bym gdzieś uciec. Opuściliśmy fortecę, przechodząc przez bramę w grubym murze,
mijając straże pochłonięte flirtowaniem z dziewczętami. Jeszcze jeden chłopiec z psem, wychodzący tuż za rodziną handlarza ryb, nie zwrócił niczyjej uwagi. Nie mając na
widoku żadnej szczególnej rozrywki, szliśmy za tą rodziną coraz dalej od zamku i co-
raz głębiej zapuszczaliśmy się w miasto. Gagatek na każdym rogu podnosił tylną łapę, a w miarę jak pojawiały się ciągle nowe zapachy, które trzeba było sprawdzać, zostawaliśmy z tyłu, aż wreszcie szliśmy zupełnie sami.
Kozia Twierdza, miasto rozłożone u stóp warownego zamczyska, było wówczas
wietrzne i surowe. Strome, kręte ulice wybrukowano kamieniami, które chybotały się
i podskakiwały pod ciężarem przejeżdżających wozów. Podmuchy wiatru napełniały
mój nienawykły nos zapachem morszczynów i rybich wnętrzności, a zawodzenie mew
i innych morskich ptaków tworzyło niesamowitą melodię do rytmu szeptu fal. Miasto
przylgnęło do czarnego skalistego klifu zupełnie tak, jak skorupiaki przywierają do pali 55
pomostów śmiało wychodzących w zatokę. Biedniejsze domy zbudowano z kamienia i z drewna, bogatsze, całe drewniane, wspinały się wyżej po skale i głębiej w nią wrzy-nały.
Kozia Twierdza była tego dnia dosyć spokojna, w porównaniu z rozgardiaszem i tłu-
mami na górze, w zamku. Żaden z nas nie miał tyle rozumu ani doświadczenia, by wie-
dzieć, że nadmorskie miasto nie jest bezpiecznym miejscem na spacery dla sześciolatka i szczeniaka. Badaliśmy wszystko z żywym zainteresowaniem, węszyliśmy idąc ulicą
Piekarską i przez pobliski, nieomal całkiem opustoszały targ, a potem obok magazynów i hangarów na łodzie, które się znajdowały na najniższym poziomie miasta. Tutaj woda była blisko, więc tak samo często jak po piasku czy kamieniach, szliśmy po drewnianych molach. Życie toczyło się jak co dzień, praca wrzała, niewiele uwagi zwracano
na świąteczną atmosferę w zamku. Statki muszą zawinąć do portu i wyładować swoje
brzemię wówczas, gdy na to pozwalają przypływy i odpływy, a ci, którzy zarabiają na
życie zarzucaniem sieci, muszą przestrzegać zwyczajów ryb, nie ludzi.
Wkrótce spotkaliśmy dzieci; niektóre zajęte były lżejszymi zadaniami należącymi
do rzemiosła rodziców, inne próżnowały jak my. Szybko się z nimi poznałem, nie trze-
56
ba było żadnego szczególnego przedstawiania ani innych grzecznościowych form, które taką przyjemność sprawiają dorosłym. Większość tych dzieci była starsza ode mnie, ale było też kilkoro w moim wieku, a także kilkoro młodszych. Żadnemu z nich najwyraź-
niej nie wydawało się dziwne, że jestem bez opieki. Zostałem zaznajomiony ze wszyst-
kimi atrakcjami miasta, wliczając w to wzdęte cielsko krowy, którą zagarnęły fale ostatniego przypływu. Zwiedziliśmy nową łódź rybacką, budowaną w doku zaśmieconym
pozwijanymi strużynami i mocno pachnącymi smolistymi drzazgami. Pozostawiony
beztrosko bez dozoru ruszt z wędzonymi rybami zapewnił południowy posiłek sześcior-
gu z nas. Jeżeli dzieci, z którymi przebywałem, były bardziej obdarte i hałaśliwe niż te, które zajmowały się pracą, ja tego nie zauważyłem. A gdyby mi ktokolwiek powiedział, że spędzałem czas ze zgrają małych żebraków, którym ze względu na złodziejskie nawyki broniono wstępu do zamku, doznałbym prawdziwego wstrząsu. Wówczas miałem
jedynie świadomość, że bardzo przyjemnie minął mi dzień wypełniony interesującymi
zajęciami.
Było w tej grupie kilku wyrostków, roślejszych i bardziej niesfornych niż reszta.
Wyraźnie mieli wielką ochotę wykorzystać sposobność i dać obcemu w ucho, lecz
57
przeszkodził temu Gagatek, który niespodziewanie pokazał zęby w swoim pierwszym agresywnym odruchu. Ponieważ nie zdradzałem żadnych oznak, bym zamierzał rzucać
wyzwanie prowodyrom, pozwolono mi się przyłączyć do grupy uliczników. Byłem pod
wrażeniem wszystkich ujawnianych mi sekretów i mogę zaryzykować stwierdzenie, iż